h01 h02 h1 h10 h2 h3 h4 h5 h51 h6 h61 h7 h8 h81 h9

8.02.2016 Moja droga do licencji pilota samolotowego

Moja przygoda z lotnictwem zaczęła się stosunkowo późno. Pierwszy kontakt z lotnictwem miał miejsce w lutym 2011 roku, kiedy to leciałem samolotem pasażerskim do Indii. Duże wrażenie zrobiły na mnie wielkie samoloty, cała infrastruktura lotniskowa. Widok z okna Airbusa był dla mnie czymś abstrakcyjnym. Już wtedy pomyślałem, że może warto byłoby wiązać swoją przyszłość z lotnictwem. W mojej rodzinie nie ma tradycji lotniczych. Rodzice sądzili, że to tylko chwilowe zainteresowanie. Nie spodziewałem się wtedy, że tak szybko zamienię się ze zwykłego pasażera na dowódcę statku powietrznego.

 

 

 

Moja pierwsza wizyta na lotnisku w Masłowie miała miejsce w roku 2013, kiedy to zdecydowałem się, aby odbyć szkolenie spadochronowe. Wielu może stwierdzić, że nie jest to najlepszy sposób na rozpoczęcie przygody z lataniem, ale ja swojej decyzji nie żałuje. Jak na budżet, którym w tamtym czasie dysponowałem, skoki były jedyną opcją na zasmakowanie lotnictwa. Pod okiem instruktora spadochronowego Marka Durazińskiego wykonałem 5 skoków z 1500m. Niestety na tym się licznik zatrzymał. Skoki okazały się tylko epizodem w mojej lotniczej karierze, jednak nadal patrzę na skoczków z podziwem. To był mój pierwszy kontakt z lotniskiem w Masłowie. Bardzo spodobała mi się serdeczna atmosfera i koleżeńskie relacje w aeroklubie. Wiedziałem, że tu wrócę.

Przez kolejne lata starałem się zorganizować jakieś pieniądze na szkolenie samolotowe, by jak najbardziej odciążyć rodziców. Nie ukrywam, że bez ich pomocy latanie zacząłbym dużo później. Zadeklarowałem wtedy, że na 100% chcę być w przyszłości pilotem. Przed podpisaniem umowy z aeroklubem chciałem mieć jednak pewność, że mogę nim zostać, więc przyszedł czas na badania lotniczo-lekarskie. Wizyta w warszawskim Luxmedzie przebiegła szybko i sprawnie. Otrzymałem upragnioną pierwszą klasę. Już wtedy wiedziałem, że moje marzenie zaczyna się powoli spełniać i z niecierpliwością wyczekiwałem pierwszych wykładów z teorii.

100 godzin teorii? Nie brzmi zbyt fajnie. Były przedmioty bardzo ciekawe, jak i bardzo nudne. Najciekawsze były historie pilotów z życia wzięte. Nie ma nic lepszego od opisów prawdziwych sytuacji z życia doświadczonych instruktorów. Nawet prawo lotnicze przeplatane ciekawymi anegdotami było całkiem znośne :) Wraz z resztą uczestników szkolenia zaprzyjaźniliśmy się. Pomimo dużych różnic wiekowych świetnie się dogadywaliśmy. Prawie każdy z nas miał już do czynienia z lotnictwem.

                Mój pierwszy lot miał miejsce 1 lipca 2015r. Pamiętam go do dziś. Samo włączenie wszystkich przycisków, odpalenie samolotu i kołowanie do pasa zajęło mi dłużej niż właściwy lot. Miałem duży problem z wydawałoby się, prostą czynnością jaką jest utrzymanie się na pasie (na pasie, a nie w osi pasa!). Pierwszy krąg wykonał instruktor – Marcin Berkowicz. Trochę zatrzęsło. Nie spodziewałem się takiego przyziemienia. Nie spodziewałem się, że Tecnam jest podatny nawet na najmniejszy podmuch wiatru. Dobra, było fajnie, wystarczy, zaraz wysiądziemy z samolotu. Na dzisiaj już mi wystarczy. Ehh, nic bardziej mylnego. Robimy kolejny krąg. Instruktor mówi: „dobra, to teraz ty ląduj”. No i co ja mu miałem odpowiedzieć? Uff, jakoś mi się udało...             

Przez pierwsze kilka godzin lotów zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem stawiając wszystko na lotnictwo. Po każdym z pierwszych lotów niezbyt dobrze się czułem. Chciałem latać, no ale perspektywa choroby lokomocyjnej w małym samolocie na 2000ft nie napawała mnie optymizmem… Co lot mówiłem instruktorowi, że dzisiaj to chyba jest niezła termika, a on mi na to zdawkowo: „no, taka sobie”. No to po głowie mi wtedy chodziło to, jak się w takim razie zachowuje samolot przy dobrej termice…

                Całe szczęście w miarę godzin spędzonych w powietrzu zacząłem coraz bardziej panować nad samolotem. Poprawiło mi się samopoczucie i ogólnie było super :) Kręgi zaczęły mi się trochę nudzić. Przyszedł czas na sytuacje niebezpieczne. Lądowanie bez klap, podejście do pola, przeciągnięcia i inne wychodziły mi na 5. Paradoksalnie, największy problem miałem, gdy instruktor wyciągnął bezpiecznik od glass cockpitu i musiałem opierać się na przyrządach analogowych. Dałem sobie jednak radę :)

                Pierwsze samodzielne kręgi to chyba coś, co najlepiej pamięta każdy pilot. Po oderwaniu przedniego kółka zdałem sobie sprawę, że na prawym fotelu nie ma już instruktora. Jestem tylko ja, czyli zero doświadczenia i worek pełen szczęścia. Oczywiście przez chwilę było trochę niepokoju, no ale skoro mnie puścili na samodzielne to jednak coś tam umiem. Najchętniej bym wtedy od razu pozwiedzał okolice, ale przy pasie stał Szef Szkolenia, który informował mnie przez radio o każdym odchyleniu od wysokości kręgu (nie wiem skąd on to wiedział, ale gdyby mi padł wysokościomierz to mógłbym go pytać o aktualną wysokość). Zostało mi jedynie pilnie wykonywać zadanie.

                Szkolenie przebiegało szybko. Kilka dni później dane mi było zrobić touch&go w Katowicach. Nie miałem niestety czasu, by rozejrzeć się po okolicy czy pooglądać większe samoloty. Bez tego miałem dużo na głowie. Marcin się wtedy trochę na mnie nawkurzał, bo słabo się przygotowałem do lotu.

                Przez cały kurs miałem okazję zrobić pełne lądowanie na lotniskach w Łodzi, Rzeszowie i Piotrkowie Trybunalskim oraz na lądowisku w Częstochowie. Oprócz tego kilka touch&go na trawie w Krasocinie oraz niski przelot w Kazimierzy Małej.

               W lipcu i sierpniu wylatałem 40 godzin. Trochę późno zorientowałem się, że wypadałoby zdać teorię w ULCu. W efekcie dopiero w listopadzie uzyskałem zaświadczenie o zdaniu egzaminów teoretycznych. Całe szczęście, że zostało mi jeszcze 5 godzin lotów, bo egzamin miałem dopiero 12 grudnia. Nie da się ukryć – trochę się stresowałem. Później okazało się, że zupełnie niesłusznie, bo cały lot przebiegł w bardzo przyjemnej atmosferze.

No dobra. Jestem pilotem, mam papiery i co dalej? W 2016 roku chciałbym przeszkolić się na inny samolot (prawdopodobnie Cessna 150/152 lub Diamond DA-20). Wkrótce nasze lotnisko ma mieć oświetlenie, więc loty nocne też chciałbym zaliczyć. Głównym celem na ten rok są loty w USA. Plan ambitny, no ale kto by pomyślał te 5 lat temu, że będę patrzył na świat z góry?

 

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do mojego małego sukcesu i do realizacji moich marzeń. Miałem chwile zwątpienia. Miałem czasem ochotę wysiąść z samolotu w locie. Pilotaż uczy pokory. W Aeroklubie Kieleckim bardzo podoba mi się to, że każdy jest równy, niezależnie od nalotu. Każdy każdemu pomaga i każdy robi to, co do niego należy. Dzięki temu wszystko działa tak, jak powinno.

Do miłego :)

Adam Giza

Joomla Templates by Joomla51.com